Pomyslalam, zeby zalozyc nowy temat w watku zareczyny, bo jest tam tylko "Jak sie poznaliscie", "Ach ten internet" itd.
A zalozylam ten watek, by opisac swoje zareczyny,a konkretniej jak moj M. mi sie oswiadczyl

Nie bylo to dawno temu,ale nie umiem z radosci wytrzymac by wam tego nie powiedziec
A wiec, jak wiecie bylismy w zeszym tyg. na wczasach nad naszym polskim morzem. Hotel ladny, okolice przyjemnne, pogoda w porzadku. Ale nie o tym bede pisac

A wiec mimo iz nie bylo u nas jeszcze takich oswiadczen, mimo to "planowalismy" juz nasz slub. Dla nas to jest jasne, ze chcemy byc razem do konca jako maz i zona

Ale jak mowilam pierscionka, pytania itd nie bylo..
No i pewnego wieczoru jak bylismy nad tym morzem, poszlismy sobie na kolacje,a pozniej ze nie bylo znowu tak ladnie (wialo troche i zachodu slonca nie bylo w ogole widac przez chmury) chcialam zebysmy do hotelu wrocili,ale M. powiedzial, ze owszem wrocimy po koc i idziemy na plaze. A ja na to: co, taka pogoda a ty na plaze zmarzluchu chcesz isc? Ale M. sie uparl i poszlismy... No i tak sobie siedzimy na piasku wtuleni w siebie i owinieci kocem i udajemy, ze latarnie ktora z daleka migala to zachod slonca

Tak siedzimy i siedzimy,az tu nagle przed moimi oczyma widze, ze moj M. trzyma czerwone male pudelko. Ja patrze na niego,a on wypowiadajac moje imie pyta mnie czy wyjde za niego. A ja na to tylko "Ty wariacie, wiesz dobrze, ze tak".. Po czym zalozyl mi sliczny pierscionek, ktory pasuje jak ulal

, byly jeszcze przytulanki i piekne slowa milosci, ktore wtedy brzmialy wyjatkowo... No i oczywiscie (standard u mnie) kupe lez szczescia
